, ,

Wściekłe psy, bankomaty-złodzieje, argentyńskie slumsy – trochę o niebezpieczeństwach

– Hej, sprawdź szybko swoje konto. Z mojego ktoś właśnie próbował wypłacić kilkaset dolarów w bankomacie… w Chicago.

Taką informację dostałem od kolegi, z którym pół przypadkiem spotkałem się na drugim końcu świata – tak się złożyło, że w tym samym czasie odwiedzaliśmy wodospady Iguazu na granicy Argentyny i Brazylii. Na miejscu był podejrzany bankomat, który niby działał, ale jednak nikomu z nas nie wypłacił pieniędzy…

Miło pisze się o tych wszystkich pięknych miejscach, miłych przedstawicielach innych narodów, którzy umilają zwiedzanie świata. I zazwyczaj pisze się o tych dobrych stronach – bo taka właśnie jest większość podróżowania. To świetny czas, podczas którego wypoczywamy (może nie zawsze fizycznie, ale na pewno psychicznie), fascynujemy się nową kulturą, poznajemy nowe miejsca, oglądamy piękne widoki. Niestety, co jakiś czas jest też mniej różowo. Nieświadomy pewnych rzeczy turysta, często nieznający miejscowego języka, miejscowych obyczajów i zagrożeń, to łatwy łup dla różnej maści rzezimieszków. A także sami często pakujemy się w kłopoty zupełnie niezwiązane z innymi ludźmi. Trafiamy na dzikie zwierzęta. Zbaczamy ze szlaków, gubimy się. I o tym właśnie jest dzisiejszy wpis – o zagrożeniach, które czekają na nas w podróży.

Wypłata pieniędzy w Chicago

Spotkaliśmy się ze znajomymi przed naszym hotelem, ruszyliśmy taksówką, i po krótkiej podróży i przekroczeniu granicy byliśmy już pod wejściem do Parku Narodowego, gdzie położone są słynne wodospady. Jechaliśmy z Brazylii, a byliśmy po stronie argentyńskiej, i co się okazało? Nie można na miejscu zapłacić ani w brazylijskich realach, ani w amerykańskich dolarach, nie można zapłacić kartą płatniczą, ani nie ma na miejscu żadnego kantoru. Jest za to bankomat. Wszystko to wyglądało lekko podejrzanie, ale może po prostu głupio? To takie południowoamerykańskie, typowa olewka. Próbujemy w takim razie wyciągnąć pieniądze z bankomatu. Jedna karta, druga, trzecia, nikomu się nie udało. Ochrona wpuściła jedną osobę na teren parku, tam znajdował się drugi bankomat, tam wszystko poszło już gładko. Zapłaciliśmy, zwiedziliśmy, a wieczorem napisał do mnie kolega wiadomość, którą mogłeś przeczytać na samym początku…

Drżącymi rękami sięgnąłem po komputer. Wprawdzie miałem ustalone limity na karcie, mało pieniędzy na koncie podpiętym do karty, wszystkie środki bezpieczeństwa w miarę zachowane – ale i tak się bałem. W momencie, gdy logowałem się na konto, doszedł SMS z banku. Że ktoś właśnie próbował dokonać podejrzanej wypłaty z bankomatu, bank w porę zareagował, zablokował wypłatę, i wszystko jest w porządku. Tylko karta nadaje się do śmieci.

Tyle dobrego – ale przed nami 3 tygodnie w Ameryce Południowej, a na samym starcie straciliśmy pierwszą kartę. Jeszcze jedna taka akcja i zostaniemy bez dostępu do konta.

Co się okazało?

Okazało się oczywiście to, co podejrzewałem od momentu, gdy próbowałem skorzystać z bankomatu przed parkiem. Wyposażony musiał być w jakieś nakładki skanujące karty, za to dobrze ukryte – zawsze jestem nadwrażliwy i staram się zwracać uwagę na takie rzeczy. Ktoś poskanował nasze karty płatnicze, i jeszcze tego samego dnia wieczorem próbował wypłacić z nich pieniądze w jakimś bankomacie… w Chicago. Na szczęście w żadnym przypadku złodziejom się to nie udało – tutaj trzeba pochwalić, że zarówno mBank, Alior i ING zachowały się celująco i w porę zablokowały karty.

Patrz, którędy idziesz w Argentynie

Przenosimy się setki kilometrów dalej. Resistencia, duże miasto, liczące około 400 tysięcy mieszkańców. Po całonocnej podróży autokarem było to moje pierwsze zderzenie z prawdziwą Argentyną – wcześniej przesiedziałem tylko kilka godzin na dworcu przy granicy w oczekiwaniu na autobus. Niby coś czytałem przed wyjazdem, pooglądałem trochę zdjęć, ale nie da się poznać danego kraju, nie będąc w nim. Potrzebowałem przemieścić się kilka kilometrów, było ciepło, wraz z narzeczoną stwierdziliśmy, że przejdziemy się pieszo.

Ruszyliśmy, i powoli oswajaliśmy się z południowoamerykańską rzeczywistością. Gorąco, parno, przede wszystkim głośno – miejscowi bardzo lubują się w używaniu klaksonu. Przemierzaliśmy miasto, kierując się coraz bardziej na obrzeża, prowadzeni przez GPS w telefonie. Zrobiliśmy przerwę w sklepie, małe zakupy, trochę odpoczynku w cieniu, wyłapywaliśmy zaciekawione spojrzenia Latynosów, chyba nieprzyzwyczajonych do turystów.

Przedmieścia

Trafiliśmy na przedmieścia – dużo było tu małych domków poprzecinanych żwirowymi drogami. Bardzo mało ludzi, wszyscy kryli się przed słońcem. Osiedla były miłą odmianą po brazylijskich miasteczkach – żadnych wielkich płotów, zasieków, drutów kolczastych. Kontynuowaliśmy spacer, powoli zbliżaliśmy się do celu, i na początku nikt za bardzo nie zwracał na nas uwagi. Ale im dłużej szliśmy przez osiedla, tym więcej spotykaliśmy ludzi. Już nas nie ignorowali – przerywali swoje czynności i zaczynali się w nas wpatrywać. Ścieżki robiły się coraz węższe, domków nie nazywałbym już domkami, a budowlami o nieokreślonych kształtach, wykonanych z mieszanki cegły i blachy falistej, bardziej przypominające altanki. Stare samochody bez drzwi, coraz więcej młodych ludzi, gniewnie wlepiających w nas swoje oczy.

Atmosfera gęstniała, zgęstniała tak, że można by kroić ją nożem. Z każdym krokiem przyspieszaliśmy, bez gwałtownych ruchów, by tylko nie przerwać rosnącego napięcia – nie przerwać tak, by jego siła nie skupiła się na nas. Szliśmy przed siebie – telefon dawno już leżał w mojej kieszeni, a w drugiej kurczowo ściskałem buteleczkę z gazem pieprzowym, mając nadzieję, że nie będę musiał jej wyjmować, bo wtedy nie wiem, jakby wszystko się skończyło. Ktoś już zaczął powoli za nami iść, ale nie obracałem się, by sprawdzić kto. Słyszałem kroki, ale gnałem przed siebie, by tylko wyrwać się z tego labiryntu, a jednocześnie szedłem na tyle powoli, by nikogo do niczego nie sprowokować. W takich momentach serce bije dużo szybciej, a czas płynie dużo wolniej. Jeden zakręt, drugi, trzeci…

I nagle koniec. Po prostu urwały się domki, wyszliśmy na szeroką drogę bez asfaltu, a kawałek dalej widać było już główną ulicę, do której zmierzaliśmy. Obróciłem się za siebie: cisza, spokój, nikogo nie ma. Przysiągłbym, że sekundę temu ktoś jeszcze za nami szedł, a na pewno jechał też jeden chłopak na rowerze.

Uff… Ważne, że skończyło się na strachu.

Nie zawsze ufaj mapie, GPS-owi, oraz…

San Salvador de Jujuy, kolejne miasto na naszej argentyńskiej trasie. Tutaj już mijane slumsy nie robiły na nas żadnego wrażenia – po prostu omijaliśmy je z boku, dobrze widząc różnicę między miejscami, w które lepiej się nie zapuszczać, a tymi, którymi można spacerować bezpiecznie. Warunek był jeden – nie łazić po zmroku.

Zmierzaliśmy do zarezerwowanego na Airbnb pokoju, kierując się, a jakże, wskazówkami z telefonu. Słońce powoli zachodziło, ale do celu mieliśmy 10 minut, a okolica wyglądała bardzo przyjemnie, więc nikt się niczym nie stresował. Problem zrobił się na miejscu, gdy jedna mapa pokazywała, że jesteśmy u celu, a druga, że musimy wczłapać się na pobliskie wzgórze (rzeczywiście, była tam jakaś ścieżka). Jako że w miejscu, w którym staliśmy, nie było nic, co mogło przypominać nasze miejsce z Airbnb, więc ruszyliśmy pod górę. Z daleka widzieliśmy jakiś starszy budynek, który nawigacja oznaczyła jako nasz B&B, więc ruszyliśmy dalej.

Podchodzimy – rudera. Postanowiłem obejść nieruchomość i wrócić. Gdy byłem mniej więcej w połowie, nagle wybiegły na mnie… cztery psy. Przerażające, ujadały, jak wściekłe, przekrzykiwały się nawzajem, pokazywały swoje niemałe kły, i coraz bardziej się zbliżały. Wyjąłem gaz, ale wiedziałem, że nie mam szans z czwórką zwierzaków. Nie mogłem nic wymyślić, po prostu celowałem w nie, i powoli się cofałem, cały czas będąc przodem do zwierząt. W tamtym momencie byłem absolutnie pewien, że mnie rozszarpią. Myślałem sobie “trudno, chociaż powalczę”, ale byłem przekonany, że w końcu któryś z nich ruszy jako pierwszy, reszta za nim, i będzie po mnie. Nie było tam nikogo, tylko te cztery wściekłe psy i opuszczony dom. I w momencie, gdy byłem już u szczytu paniki i chciałem spróbować ucieczki, po prostu odpuściły. Momentalnie wszystkie ucichły, odwróciły się, odeszły kilkanaście metrów, przysiadły i patrzyły. Zeszliśmy na dół, to chyba nie było nasze miejsce do spania.

…poradom miejscowych

Postanowiłem zapytać o ten hotel/hostel/apartament kogoś z miejscowych. Na ławce siedziała pewna kobieta, która od razu wiedziała, o jaki hotel chodzi, kazała poczekać na autobus, i że nam pomoże. Wytłumaczyła wszystko kierowcy, który miał dać znak, kiedy będzie trzeba wysiadać. Trochę nie zgadzało mi się to z mapami, ale… wsiedliśmy w autobus. Kilkanaście minut później i kilka kilometrów dalej wysiedliśmy. Chodzę, szukam, pytam ludzi – nikt nic nie wie. W końcu znalazłem taksówkarza. Powiedział, że nas zawiezie.

Zawiózł. Pod sam apartament. 20 metrów od przystanku, na którym wsiadaliśmy do autobusu.


Wszystkie te sytuacje zdarzyły mi się na jednym tylko wyjeździe, trzytygodniowej podróży po Ameryce Południowej. Takie same rzeczy dzieją się w każdym miejscu na świecie – skimmery na bankomatach są chyba wszędzie, dzikie psy są powszechne chociażby w Gruzji, a nieciekawe dzielnice to domena każdego większego miasta, ale nietrudno o groźne sytuacje w każdym mniejszym miasteczku. Może oprócz Islandii.

Jak sobie poradziliśmy? Po pierwszej sytuacji z bankomatem, postanowiliśmy używać karty tylko i wyłącznie w budynkach banków, pod czujnym okiem kamer. Do końca wyjazdu nic złego się nie stało. Slumsy omijaliśmy z daleka – w Resistencii i tak znaleźliśmy się w nich przypadkiem.

Bać się, czy się nie bać?

Trzeba być ostrożnym, ale grunt, to nie dać się zwariować. Po zakupie biletów do Brazylii zacząłem czytać co nieco w internecie, i byłem pewien, że w najlepszym wypadku skończę gdzieś w São Paulo całkiem ograbiony z pieniędzy i rzeczy, ale przynajmniej żywy. Okazało się oczywiście, że strach ma wielkie oczy – trzeba po prostu mniej więcej uważać na to, co się robi, i gdzie zapuszcza, a można śmiało przeżyć całe wakacje bezstresowo.

Mógłbym opisać tutaj o wiele więcej sytuacji – okradziono mnie z plecaka podczas pierwszej dłuższej podróży autostopem, gdy trafiłem na bitwę na noże w nieciekawej dzielnicy w szwedzkim Malmö… ale nie o to tu chodzi. Staram się przygotować do podróży jak najlepiej, ale czasem przegapię oczywistą oczywistość (jak arafatka w Izraelu), a czasem niebezpiecznych sytuacji uniknąć się, po prostu, nie da.

Pamiętaj – wiadomo, że może być niebezpiecznie, ale tak samo niebezpiecznie może być trzy ulice dalej pod złą klatką. Dlatego uważam, że jakie złe opinie nie krążyły by o danym kraju/miejscu, wszędzie da się pojechać, zwiedzić bez szwanku i wrócić w całości (poza przypadkami ekstremalnymi), byle odpowiednio się przygotować i zabezpieczyć.

Nie bać się i w drogę!

Cześć, podróżniku!

Na imię mam Zbyszek i jestem autorem bloga, którego właśnie przeglądasz. Uważam, że w podróży dużo mniej liczy się budżet, a bardziej radość i wspomnienia, więc nieraz ruszam w drogę z małym plecakiem i namiotem, ale nie pogardzę też luksusowym basenem na dachu wieżowca w pięknym hotelu.

Piszę nie tylko o swoich podróżach, ale również doradzam: jak znaleźć fajne loty, jak znaleźć dobry nocleg, jak wszystko zorganizować.

Jeśli chcesz być na bieżąco, śledź mój fanpage na Facebooku: