Shenzhen i Szanghaj, czyli krótka wizyta w Chinach

Jechałem kolejką do swojego hotelu w Bangkoku. Kończył się styczeń 2025, a ja miałem za sobą oprowadzanie dwóch małych grup po Tajlandii. Tamtej zimy moim głównym zajęciem było zabieranie ludzi na wycieczki na zorzę w Tromso. Po dwóch miesiącach nocy polarnej i wszechobecnej zimy bardzo cieszyłem się więc na możliwość spędzenia kilku tygodni w tropikalnej części Azji. Przed powrotem do śnieżnej Norwegii czekała mnie jeszcze jedna, mała przygoda – krótki pobyt w Shenzhen na południu Chin. Wracałem więc do hotelu, by przepakować się na kolejny lot, gdy nagle zacząłem się lekko źle czuć. Porozmawiałem chwilę z właścicielką, przedstawiła mi swojego pieska, ruszyłem na swoje piętro z bagażami, a godzinę później… leżałem półżywy z gorączką. Chwilę później miałem już z 39 stopni. Jak się domyślasz, z wyjazdu do Chin nic nie wyszło, 3 dni leżałem w pokoju oglądając seriale i wracając do życia, by polecieć już z Bangkoku bezpośrednio za koło podbiegunowe.

Jednak co się odwlecze, to nie uciecze! Udało się rok później. Przed lądowaniem w Tajlandii spędziłem kilka dni w Shenzhen, a także dwa w Hong Kongu. W drodze powrotnej do Polski natomiast w Szanghaju przesiadka była na tyle długa, że udało mi się również zobaczyć kawałek tej olbrzymiej metropolii. I muszę przyznać, że mimo wielu podobieństw z zachodem, Chiny to naprawdę inny świat.

Shenzhen – miasto zbudowane od zera

Tytuł akapitu może być lekko mylący, bo tereny, na których leżą dziś Shenzhen i okoliczne miasta włączone zostały do Chin ponad dwa tysiące lat temu. 50 lat temu Shenzhen było jednak wciąż małym, głównie rolniczym, miasteczkiem, a zamieszkiwało je niespełna 30.000 ludzi. Wszystko zmieniło się w 1979 roku, gdy Chiny postanowiły w rejonie utworzyć specjalną strefę ekonomiczną, a Shenzhen zaczęło czerpać know-how i kapitał od swojego bogatego sąsiada, czyli Hongkongu. Eksperyment udał się lepiej, niż prawdopodobnie ktokolwiek planował – miasta zaczęły rosnąć jak na drożdżach, kapitał płynął ze wszystkich stron świata, zaczęły powstawać kolejne budynki, inwestycje, fabryki. Dziś Shenzhen i okolice – cała delta rzeki Perłowej – to jedna wielka metropolia, na którą składa się 9 głównych miast, o łącznej liczbie mieszkańców wynoszącej… ponad 85 milionów ludzi. Ten stosunkowo mały kawałek Chin, które są trzecim największym powierzchniowo krajem świata i drugim najbardziej licznym, odpowiada aż za 1/3 chińskiego eksportu. Doskonale widać też tutaj zmianę jakościową – początkowo produkowano tu wszystko, byle taniej i więcej. Po reformach w 2008 roku i wprowadzeniu nowych przepisów związanych z prawem pracy i ochroną środowiska produkcja jednak zmienia kierunek bardziej na krajową, niż eksportową, a Shenzhen i okolice produkują towary droższe, bardziej specjalistyczne i zaawansowane. Głównie dla chińskich firm, jak Huawei czy BYD.

Patrząc bardziej ogólnie, Chiny od 1990 roku zanotowały spektakularny wzrost gospodarczy. W ostatnich latach, całkiem słusznie, cieszymy się ze wzrostu, jaki zanotowała Polska – od lat jesteśmy liderem wzrostu w Europie, a poziom życia wzrósł niesamowicie – wystarczy sobie przypomnieć, jak wyglądały ulice polskich miast w latach 90, a jak wyglądają dziś. Zanotowaliśmy ponad 800% wzrost gospodarczy na przestrzeni ostatnich 35 lat, co sprawia, że Polska staje się powoli jednym z najbardziej komfortowych do życia krajów na świecie (choć nie zapominajmy, że na zachodzie wciąż żyje się dużo łatwiej zwłaszcza zarabiając w okolicach minimalnej krajowej). Chiny w tym samym czasie zanotowały wzrost na poziomie… 3500%. Startowały jednak z dużo niższego pułapu i ogromnej biedy, przez co statystyczny Polak jest wciąż dwukrotnie bogatszy od statystycznego Chińczyka (zarówno w wartościach nominalnych, jak i pod względem siły nabywczej).

wieczorna panorama dzielnicy biznesowej Szanghaju

Co to wszystko znaczy dla zwykłego, przeciętnego mieszkańca Chin?

Ciężko generalizować, bo w Polsce życie pracownika korporacji z Warszawy diametralnie różnić się może od życia emeryta z prowincji w województwie lubuskim, a co dopiero w państwie tak ogromnym, jak Chiny, gdzie odległość w linii prostej z Pekinu do Shenzhen jest większa, niż z Warszawy do Barcelony. O życiu jednak na chińskiej prowincji dziś Ci nie opowiem, bo moja krótka wizyta obejmowała jedynie duże, bogate ośrodki – Shenzhen, Hongkong, Szanghaj. I trzeba przyznać, że to, co zobaczyłem, trochę mnie zaszokowało! Chińskie metropolie są naprawdę imponujące. Ogromne, ciągnące się po horyzont, dzielnice mieszkalne. Wielkie dzielnice biznesowe, pełne stali i szkła, z wieżowcami pnącymi się do nieba, urządzającymi pokazy świateł każdego wieczoru. Wszystko to połączone świetnie funkcjonującą infrastrukturą, tanim, szybkim i efektywnym transportem publicznym. Dzieci jeżdżące po lotniskach elektrycznymi walizkami na kółkach, roboty rozwożące jedzenie po pokojach hotelowych, sprzedawca wody na ulicy z kodem QR do zapłaty, Maglev pędzący ponad 300 km/h… a wszystko to w niesamowicie przystępnych cenach. Bilet na metro w Shenzhen kosztuje średnio 1-2 zł za 20-30 minut jazdy, lunch w lokalnej knajpce 15-20 zł, solidna porcja street foodu to ok. 10 zł, a piwo w barze parę zł. I to w jednym z najdroższych miast w Chinach!

Bez telefonu nie istniejesz

Wizyta w Chinach to jak zanurzenie się w świecie, o którym do tej pory nie miałem pojęcia, że istnieje. W mediach ciągle słyszymy o Chinach, ciągle widujemy Chińczyków – również w Polsce, bo Azjaci uwielbiają odwiedzać Europę, ale tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy, jak wygląda życie na dalekim wschodzie – tak przynajmniej było w moim przypadku. Już na etapie przygotowań do wyjazdu okazało się, że chiński internet to zupełnie inna przestrzeń niż ta, którą znamy z Polski, Europy i reszty świata zachodniego. Abstrahując już od wielkiej zapory, która blokuje na terenach całego kraju część stron internetowych (np. Facebook czy Google), poruszanie się w chińskim internecie to absolutnie odrębne doświadczenie. Strony internetowe praktycznie nie istnieją. Wyobraź sobie moje zdziwienie, gdy chciałem odprawić się na lot China Eastern z Budapesztu do Szanghaju – przywitała mnie witryna rodem z lat 90, działająca fatalnie i lagująca, ostatecznie nie pozwalająca mi wybrać ani miejsca, ani otrzymać karty pokładowej. Musiałem poczekać do odprawy na lotnisku i okazało się, że to nie tylko mój problem – można zainstalować sobie aplikację, co też uczyniłem, ale niewiele to pomogło – zazwyczaj chińskie linie nie radzą sobie z łacińskim alfabetem. 

Wszystko jednak w chińskim internecie, znacząco upraszczając, opiera się na dwóch głównych aplikacjach: WeChat oraz AliPay.

Bez tych dwóch programów nie istniejesz. Z nimi – możesz wszystko. Zakładasz konto, przechodzisz weryfikację (momentami idąc całkowicie na ślepo, bo zniknęły angielskie napisy i został sam chiński alfabet) i otwiera się przed Tobą całkowicie nowy świat, w którym wszystko działa w oparciu o kod QR. Płatność w sklepie? Skanujesz QR, albo sklep skanuje Twój. Kupujesz colę na ulicy? Skanujesz kod QR sprzedawcy z plastikowej plakietki. Chcesz menu w restauracji? Skanujesz QR, który otwiera Ci mini-apkę z listą dań lokalnej knajpy. Chcesz wejść na ściankę wspinaczkową? Do kina? Zamówić taksówkę? Skanujesz kod, albo używasz wyszukiwarki wewnątrz WeChat i wybierasz jeden z ponad 7 milionów mini-programów, który dostaje dostęp do Twoich danych osobowych i płatności, kupujesz wejście, ubezpieczenie, zamawiasz taksówkę czy kupujesz laptopa z dostawą za 3 godziny do domu.

Przygotuj się, że nigdzie nie zapłacisz kartą (poza niektórymi hotelami i restauracjami). Przygotuj się, że mało kto przyjmie od Ciebie gotówkę (choć teoretycznie sprzedawcy mają taki obowiązek, w praktyce bywa ciężko). Przygotuj się, że nikt Cię nie zrozumie po angielsku. Przygotuj się też na masę drobnych problemów, z którymi jakoś będzie sobie trzeba poradzić.

Brzmi strasznie? 

Tak też się czułem! Ale to w końcu świat, w którym żyją ludzie tacy sami jak my. Choć trochę inni pod pewnymi względami, głównie kulturowymi, to są jednak wyrozumiali, pomocni i przyzwyczajeni do tego, że biała twarz niekoniecznie ogarnia wszystko od A do Z w tym wielkim świecie. Zainstalowałem sobie kartę eSIM jeszcze w Europie, by uniknąć blokady zachodniego internetu i wszystko działało sprawnie do momentu płatności kodem w metrze w Shenzhen. Choć dokonałem już wielu płatności WeChatem, te w automatach pod ziemią nie chciały przejść i zostałbym na lodzie, gdyby nie stara, dobra gotówka – jeden, jedyny automat na końcu akceptował banknoty i monety, dzięki czemu udało mi się kupić bilety. Od czasu do czasu przy płatnościach WeChat wymagał do mnie dodatkowych potwierdzeń z banku, przez co płatność zamiast trwać sekundę, zajmowała minutę i czasem wymagała powtórzenia – zawsze spotykałem się z cierpliwością i uprzejmością. Oprócz jednego przypadku, gdy taksówkarz (oficjalna taksówka z lotniska!) uznał, że trafił na frajerów i do hotelu oddalonego w linii prostej o 2 kilometry zawiózł nas trasą liczącą 27 kilometrów. Po upomnieniu, a następnie zabawnej kłótni przez translator dogadaliśmy się na cenę 60 juanów, gdy taksometr wskazywał 150. Odpalił papierosa i wkurzony odjechał z piskiem opon, ale ta sytuacja była jedyną, gdy spotkałem się z nieuprzejmością, wszyscy inni lokalsi traktowali nas grzecznie i bardziej jako ciekawostkę, niż chodzący portfel do oskubania.

Rok ognistego konia

17 lutego 2026 roku zaczął się chiński nowy rok, dzień po moim lądowaniu na lotnisku w Shenzhen. W czasie świętowania w Chinach i krajach Azji Wschodniej dominuje czerwień – wszystko przyozdabia się lampionami, ludzie noszą czerwone ubrania, wszędzie wiszą czerwone transparenty i plakaty. Wszędzie też można zauważył płonącego konia – ponieważ okres 17.02.2026 – 5.02.2027 to Rok Ognistego Konia. Choć Chiny administracyjnie w połowie XX wieku przyjęły kalendarz gregoriański, to wciąż kulturowo i duchowo dominuje kalendarz chiński, oparty na 12 zwierzętach i pięciu żywiołach, zamknięty w 60-letnim cyklu. Wyznacza się go nie tylko opierając na słońcu, a również fazach księżyca, dlatego data nowego roku jest ruchoma, ale wypada zawsze w styczniu lub lutym. 8 lat temu miałem przyjemność oglądać obchody Nowego Roku w Tajlandii, a w 2026 po raz pierwszy w Chinach – to wspaniałe święto, obchodzone dużo bardziej hucznie, niż u nas. Obchody trwają zwykle około dwóch tygodni, większość Chińczyków ma wolny przynajmniej pierwszy tydzień (w Hongkongu np. jedynie pierwsze 3 dni), a migracja związana z obchodami Nowego Roku nazywa się Chunyun i jest największym tego typu wydarzeniem na świecie. To fenomen, podczas którego setki milionów ludzi wracają z wielkich, nadmorskich metropolii na południu i wschodzie do swoich rodzinnych wiosek. Co roku z Pekinu, Szanghaju, Shenzhen i reszty wielkich metropolii do centralnych prowincji powraca około 300-350 milionów ludzi.

Nie oznacza to, że miasta pustoszeją zupełnie – w Shenzhen wciąż było mnóstwo mieszkańców, którzy mieli mnóstwo wolnego czasu i całymi rodzinami postanowili wybrać się między innymi na wzgórze w Lianhuashan Park – dokładnie tak, jak i ja. To było ciekawe doświadczenie – po raz pierwszy we wschodniej Azji czułem się jak ktoś, kto jest dla lokalsów małą atrakcją turystyczną. Pomimo faktu, że Shenzhen jest jednym z najbardziej otwartych na zachodni świat miast w całych Chinach, to wciąż widok białego człowieka jest tu rzadkością. Sam przez niecały tydzień napotkanych białych mógłbym policzyć na palcach jednej ręki – żyjący tu ludzie innej rasy, niż Azjatycka, to promil społeczeństwa, a samo miasto nie jest jakoś spektakularnie turystyczne, zwłaszcza wśród obcokrajowców. Dorośli spoglądali więc z ciekawością, a dzieci z uśmiechami, co odważniejsze przywitały się, dukając kilka słów po angielsku w stylu nice to meet you! wykrzyczane w akompaniamencie śmiechu kolegów i koleżanek z zaczerwienioną po uszy twarzą. Ciężko było też spotkać kogoś mówiącego po angielsku, ale z kilkoma osobami udało się chwilę zamienić słowo, a w restauracjach, sklepach czy innych obiektach pomagał translator oraz łamane kalambury – czyli jak zawsze, gdy nie zna się języka. Wracając do samego parku – na szczycie wzgórza stoi posąg Deng Xiaopinga, twórcy sukcesu miasta. Ma to duże znaczenie symboliczne dla Chińczyków, ale większość miejscowych, tak jak i ja, wdrapali się na górę dla fantastycznego widoku, który rozpościera się na położoną niżej dzielnicę Futian – z morzem wieżowców po horyzont.

Nie zwiedziłem wiele – dzielnica biznesowa Futian, gdzie morze drapaczy chmur zachwyca zarówno w dzień, jak i w nocy, gdy płoną od świateł, wspomniany już Lianhuashan Park, pełen czerwonych lampionów i ozdób, dzieci z latawcami i tysięcy lokalnych turystów, ścianki wspinaczkowe i masa pysznych restauracji. Ciekawą niespodzianką jest to, że nawet mając VPN i zagraniczną kartę SIM, nie możesz polegać na mapach Google – Chiny korzystają z innego systemu współrzędnych GPS i celowo zakłócają dane ze znanego nam systemu (tłumacząc to kwestią bezpieczeństwa narodowego), mapy są więc bezużyteczne i przez to od lat nieaktualizowane. Najlepiej korzystać z aplikacji Amap – posiada już dość niezłą angielską wersję i pomoże wyszukać Ci wszystko, co potrzeba. Można korzystać również z Apple Maps, działają na miejscu w odpowiedni sposób, ale ciężko wyszukać w nich coś sensownego – baza o obiektach jest dużo mniej bogata, niż lokalnych dostawców jak Amap i Baidu. Z Shenzhen ekstremalnie łatwo jest wyskoczyć również nawet na chwilę do sąsiedniego Hongkongu – ale to temat na osobny wpis.

Przystanek w Szanghaju, czyli krótka, acz ciekawa przesiadka

W Szanghaju podczas tej krótkiej podróży byłem dwukrotnie, ale pierwsza wizyta to jedynie zmiana lotniska – musiałem przesiąść się z międzynarodowego Pudong na bardziej lokalne Hongqiao. Okazało się to na szczęście dziecinnie proste – od pewnego czasu oba lotniska, oddalone od siebie o ponad 50 kilometrów, dzieli specjalna linia metra, którą przejazd trwa mniej niż godzinę. 5 godzin na przesiadkę wystarczyło aż nadto. W drodze powrotnej za to przesiadałem się na tym samym lotnisku i na dodatek do dyspozycji miałem pół doby, dzięki czemu mogłem spokojnie zostawić bagaże w przechowalni (10 zł za kilka godzin za sztukę!) i udać się do centrum miasta przyszłości.

Pierwsze, co przyszło mi do głowy, to podróż Maglevem. Ten słynny pociąg swego czasu był najszybszą komercyjną linią kolejową na świecie rozpędzając się do 431 km/h podczas krótkiej podróży, ale aktualnie przez większość dnia dobija jedynie do 301 km/h (ze względów ekonomicznych i przez hałas). Linia łączy lotnisko Hongqiao ze stacją Longyang Road, więc jeśli chcesz dojechać do centrum, wygodniej jest wziąć wspomniany już Airport Link Rail, bo po podróży Maglevem i tak trzeba przesiąść się na metro, by dojechać do ścisłego centrum. Sam pociąg funkcjonuje jednak trochę też jako atrakcja turystyczna – wszystkie siedzenia były zajęte, a połowa pasażerów filmowała rosnącą na wyświetlaczu prędkość telefonami. Ta siedmiominutowa przyjemność kosztuje około 25 zł (50 juanów), a ta sama trasa metrem – około 7 zł, ale zajmuje dużo dłużej, około godziny (z lotniska jeździ linia nr 2).

Po przesiadce na metro i dotarciu na drugą stronę rzeki Huangpu moim oczom ukazał się piękny widok morza ludzi i Nanjing Road East. To szeroka, ogromna ulica otoczona z dwóch stron sklepami przyozdobionymi w krzykliwe neony i ekrany reklamowe, a w lutym i marcu dodatkowo przyozdobiona była z okazji Nowego Roku. Po brzegi wypełniona była ludźmi – choć dominowali Azjaci, to Szanghaj jest zdecydowanie bardziej otwartym i turystycznym miejscem niż Shenzhen, bo słychać było języki z całego świata i widać setki turystów z zachwytem fotografujących każdą scenę. I muszę przyznać, że Szanghaj robi wrażenie. Zwłaszcza, gdy po kilkusetmetrowym spacerze dotrze się na brzeg rzeki do The Bund – ponad kilometrowej promenady, z której rozpościera się naprawdę spektakularny widok. Widok na Pudong, dzielnicę biznesową pełną wieżowców z Shanghai Tower na czele. Jest to drugi najwyższy budynek na świecie, liczy sobie ponad 600 metrów wysokości, a wjazd na 118 piętro z widokiem na całe miasto kosztuje około 90 zł – 180 juanów.

Sam widok z promenady jest jednak wystarczający – panorama wieżowców zachwyca. Polecam udać się tam o zmierzchu, gdy słońce powoli chowa się za horyzontem (choć ja trafiłem na całkowicie pochmurny dzień), a drapacze zaczynają świecić sztucznym blaskiem.

Z The Bund idealnie widać kontrast Szanghaju. Na wprost – przyszłościowa dzielnica, pełna neonów i sztucznych świateł, wręcz lekko cyberpunkowa. Za plecami za to – piękna, klasyczna europejska architektura, symbol kolonialnej przeszłości miasta. W XIX wieku miasto było podzielone na trzy główne strefy – jedna z nich zarządzana była przez Chiny, druga – przez Francję a trzecia, czyli właśnie The Bund i okolice – przez UK i USA. Dopiero druga wojna światowa i japońska dominacja w regionie zakończyły temat zachodnich wpływów w Szanghaju, przez co miasto jest tak unikalne – zarówno pod względem architektury, społeczeństwa i sukcesu.

Historia Szanghaju jest pełna wzlotów i upadków. Oficjalnie miasto założono pod koniec XIII wieku, ale wioska rybacka istniała tu już wiele stuleci wcześniej, a port powstał pod koniec X wieku. Dopiero jednak po porażce Chin w tzw. wojnie opiumowej (wojna chińsko-brytyjska zakończona w 1842 roku) Brytyjczycy dostrzegli jego unikalną, perfekcyjną lokalizację i wymusili otwarcie portu w mieście na handel międzynarodowy, w kolejnych latach rozszerzając swoje wpływy za pomocą kolejnych traktatów, a do Wielkiej Brytanii dołączały USA, Francja oraz Japonia. Brak kontroli Chin nad miastem sprawiał, że zaczęło rosnąć w ekstremalnym tempie, stając się najlepiej rozwiniętym miastem w całej Azji na początku XX wieku. Miało to jednak swoją cenę, bo brak kontroli przyciągał zarówno banki, jak i mafie, niósł za sobą również ogromne rozwarstwienie społeczne. Podczas drugiej wojny światowej miasto zaczęli okupować Japończycy, co zakończyło wpływy zachodu w mieście, a po odzyskaniu miasta przez Chiny Szanghaj stał się ważnym ośrodkiem przemysłowym, ale jednocześnie zamknął na świat. Dopiero rok 1990 i decyzja o utworzeniu w mieście Giełdy Papierów Wartościowych nadał miastu dzisiejszy kształt. Chiny po raz kolejny postawiły na Szanghaj, postanowiły utworzyć w mieście specjalną strefę ekonomiczną (podobnie jak w Shenzhen i w całej delcie rzeki Perłowej), wtedy też w miejscu bagnistych terenów rolniczych zaczęła powstawać jedna z najbardziej imponujących panoram biznesowych – znana dziś jako Pudong. Dziś miasto opiera się na trzech głównych filarach. Pierwszym jest logistyka – port w Szanghaju jest największym portem kontenerowym na świecie i sercem globalnego handlu. Drugim – finanse. Wspomniana już dzielnica Pudong i tutejsza giełda to jedno z najważniejszych finansowych miejsc na planecie. Trzecim filarem jest technologia, bo w Szanghaju na potęgę bada się i inwestuje w półprzewodniki, biotechnologię i energię odnawialną. Miasto jest też jednym z najbardziej smart miast na świecie, prawdopodobnie też najbardziej monitorowanym i jednym z najlepiej zarządzanych. Jest tu czysto, bardzo bezpiecznie, ale też… bardzo drogo. Szanghaj zaczyna borykać się z nowymi problemami, takimi jak horrendalne ceny nieruchomości zwłaszcza w centrum, wysokie bezrobocie wśród młodych ludzi a także ogromny ich odpływ na rzecz mniejszych, tańszych miast, czy niemożność utrzymania dynamiki wzrostu z ostatnich dekad.

Ostatecznie, chyba całkiem dobrze wyszło, że pochorowałem się rok wcześniej w Bangkoku. To miał być króciutki, dwudniowy wypad do Shenzhen, po którym pewnie już nie wróciłbym w ten rejon. Tym razem miałem jednak sporo więcej czasu, zahaczyłem Szanghaj, mogłem wybrać się na dodatkowe dwa dni do Hongkongu, a w samym Shenzhen i tak spędziłem więcej czasu, niż planowałem w 2025 roku. Wynająłem pokój w hotelu blisko parków Lianhuashan i Bijiashan, dzięki czemu miałem rzut beretem do metra i wszystkich ciekawszych miejsc w centrum. Miałem też wystarczająco czasu, by po prostu zanurzyć się w mieście, spacerować bez celu, zarówno w dzielnicy biznesowej, jak i tych mieszkalnych i zobaczyć, jak wygląda codzienne życie w bogatej, chińskiej metropolii. Czasem tak różne, ale ostatecznie bardzo podobne do tego, które znamy na zachodzie. Dlatego też myślę, że właśnie wielkie metropolie w Chinach, jak Shenzhen, Szanghaj czy Pekin to dobre wprowadzenie do Chin i przetarcie przed wizytą na prowincji, którą znam jedynie z opowieści. Po wizycie w chińskich miastach wiem jednak, że mam ochotę na więcej.

Informacje praktyczne

  • W przeszłości chyba nie było to możliwe, dziś chińską kartę SIM można kupić na lotnisku. To, czy chcesz skorzystać z europejskiego eSIM, czy lokalnej karty zależy od Ciebie – karta chińska będzie trochę tańsza i będzie działała szybciej, da Ci też więcej możliwości z lokalnym numerem – eSIM z Europy jednak pozwoli Ci zachować dostęp do zachodniego internetu, usług Google, facebooka etc. Ja korzystałem z karty Airalo i choć momentami internet działał gorzej, to ogólnie byłem zadowolony.
  • Pamiętaj o zainstalowaniu i skonfigurowaniu aplikacji przed wylotem, by przejść wszelkie weryfikacje, zanim trafisz do Chin. Na miejscu oszczędzi Ci to sporo czasu i nerwów i pozwoli od razu zająć się transportem do hotelu czy szukaniem stacji metra. Najważniejsze to Alipay oraz WeChat do płatności (w obydwu możesz podpiąć np. kartę Revolut), a płacisz skanując kod QR lub udostępniając własny kod sprzedawcy (ta druga opcja to standard w sklepach i restauracjach). Do tego koniecznie zainstaluj Amap do nawigacji i można startować – ta apka pozwoli Ci wyznaczyć każdą trasę pieszo, taksówką czy publicznym transportem jak w mapach Google.
  • Walutą w Chinach jest juan, dla wygody można przyjąć, że 2 juany = 1 zł. Praktycznie wszędzie zapłacisz aplikacjami, gdzieniegdzie kartą, ale warto mieć ze sobą dla świętego spokoju 50-100 juanów w gotówce, by nie musieć szukać jak ja bankomatu na gwałt na stacji metra.
  • Przygotuj się na wszechobecne skanowanie bagażu. Bezpieczeństwo w Chinach to temat numer jeden – kamery śledzą każdy Twój ruch, a każda stacja metra, kolejowa czy lotnisko to stanowisko z ochroną skanującą Twój bagaż i Ciebie na obecność materiałów wybuchowych.
  • W 2026 dla Polaków przedłużono ruch bezwizowy – możemy z polskim paszportem wjeżdżać na pobyt do 30 dni bez dodatkowych dokumentów, przed wjazdem wypełnić należy jedynie China Arrival Card. To duży gamechanger – Chiny chciałem odwiedzić jeszcze przed covidem, ale odwiodła mnie od tego wysoka cena wizy.
  • Wracając do logistyki – w Chinach zamiast Ubera króluje Didi. Nie musisz instalować dodatkowej aplikacji – wystarczy mini apka w Alipay, by zamówić taksówkę.
  • Tłumacz – zadbaj o jakiś translator tłumaczący w czasie rzeczywistym z chińskiego, bo z dostępnością menu w restauracji, czy ogólnie informacji w przestrzeni publicznej po angielsku będzie ciężko. Mnie świetnie sprawdzała się opcja Google Translate + Gemini.
  • Napiwki – w Chinach nie funkcjonują i warto o tym pamiętać. Jeśli będzie opłata za serwis, zostanie doliczona do rachunku, a my grzecznie odbieramy całą resztę i nie wciskamy nikomu dodatkowych pieniędzy.
  • Ostatnia, ale ważna sprawa – powerbank. Wspominaliśmy już o tym, że bez telefonu w Chinach nie istniejesz – a od czerwca 2025 Chińczycy na loty samolotem wymagają odpowiedniego certyfikatu dla powerbanków i nie wiedząc o tym straciłem mój ulubiony, wyprodukowany w Chinach, ale kupiony w Norwegii powerbank. Musi mieć znaczek CCC – nie wystarczy europejskie CE. Więcej informacji znajdziesz tutaj.

ZW Travel

Kontakt

Adres

Piłsudskiego 91/1 50-019, Wrocław

Email

wyjazdy@zbigniewwu.pl

Telefon

+48 790 243 264

Media

Best Travel Theme

Elementor Demos

With Love Travel WordPress Theme you will have everything you need to create a memorable online presence. Start create your dream travel site today.

Best Travel Theme

Elementor Demos

With Love Travel WordPress Theme you will have everything you need to create a memorable online presence. Start create your dream travel site today.

Best Travel Theme

Elementor Demos

With Love Travel WordPress Theme you will have everything you need to create a memorable online presence. Start create your dream travel site today.