Będąc na Lofotach łatwo poczuć, że to bardzo turystyczny i w pewnym sensie oklepany kierunek. W sezonie drogi są wręcz obładowane kamperami, a że czasem wąskie i kręte, to jeździ się po nich kiepsko. Na niektórych parkingach znalezienie miejsca jest niemożliwością. Kempingi są pełne, wszystkie przewodnikowe miejscówki zawalone turystami, ba, nawet szlak na Reinebringen, jedną z gór archipelagu, wyłożono kamiennymi schodami. Człapiesz więc po dwóch tysiącach doskonale przygotowanych schodków krok po kroku, aż w końcu docierasz na grań prowadzącą na szczyt. Nagle, wraz z ostatnim krokiem, przed Tobą rozpościera się widok, który zapiera dech w piersiach, sprawia, że szczękę trzeba zbierać z podłogi i wtedy wiesz, że było warto. Nieważne, jak turystyczne są Lofoty – będąc w północnej Norwegii trzeba wpaść tu choć na chwilę, archipelag momentami po prostu zachwyca!

Lofoty. widok z Reinebringen
Panorama z Reinebringen pół godziny po zachodzie słońca. Widok na wysepki i okoliczne góry jest zachwycający

Lofoty miałem odwiedzić w 2022 roku. Kupiłem wtedy bilety na lot Wizz Air z Gdańska do portu lotniczego Harstad/Narvik (EVE), połączenie, które było nowością w siatce węgierskiego przewoźnika. Był październik, nie tak jeszcze zimno, szykowałem się więc na dużo trekkingu, spanie w namiocie, puste wyspy i piękny, jesienny, mroczny klimat, w którym miałem nadzieję na wspaniałe zdjęcia archipelagu. Niestety, spotkała mnie przykra niespodzianka – tydzień przed wylotem Wizz anulował mój lot, zwrócił koszty biletu i… tyle. Połączenie już nie istnieje – widocznie zainteresowanie nie było tak duże, jak można było się spodziewać. Na szczęście wciąż można dolecieć z Polski bezpośrednio do Tromsø, skąd podróż na Lofoty samochodem zajmuje około pięciu godzin, a przy okazji można odwiedzić inne wspaniałe miejsca na północy – wyspę Senja na przykład!

Udało się na szczęście rok później, podczas lata, które spędzam aktualnie właśnie na Senji. Gdy w odwiedziny przylecieli znajomi, spakowaliśmy samochód i cztery dni spędziliśmy biwakując na Lofotach i zwiedzając przede wszystkim tamtejsze szlaki, ale również urokliwe miasteczka. Pytanie – czy było warto jechać na tak krótko?

Nieskończone szlaki, cudowne widoki i karaibskie plaże

Lofoty to, przede wszystkim, góry. Archipelag w linii prostej mierzy ponad 120 kilometrów długości, ale jazda drogą E10 z mostu Raftsund do Å, ostatniej osady, do której prowadzi asfalt, to 180 kilometrów i 3 godziny jazdy krętymi ścieżkami. Liczy sobie 25.000 ludności zamieszkującej 9 wysp połączonych mostami i podwodnymi tunelami, oprócz dwóch najmniejszych, wyizolowanych i położonych bardziej na południowy zachód Værøy oraz Røst. Od samego początku drogi widać, że dominują tu górskie krajobrazy – wygląda to trochę, jakby ktoś wyciął kawałek Alp i postawił obok Norwegii, zalewając je morzem. Daje to, oczywiście, niesamowity efekt – mnóstwo stromych wierzchołków po horyzont, a pomiędzy nimi zatoki, cieśniny i piękne fiordy – to prawdziwa uczta dla oka, zwłaszcza dla fanów surowych, górskich, północnych krajobrazów. A jak są góry, to są i szlaki – od tych dość łatwych i łagodnych (w mniejszości), przez średnio długie i w miarę strome (tych jest najwięcej) po te naprawdę wykańczające.

Przewyższenia tutaj nie są ogromne – mogą wydawać się niczym przy szlakach, które znamy z Tatr czy wspomnianych już Alp. Najwyższy wierzchołek Lofotów, Higravstinden, liczy sobie 1146 metrów, co może nie robić wielkiego wrażenia, ale trzeba pamiętać, że każdą wędrówkę zaczynamy mniej więcej z poziomu morza. Wspomniałem już, że na najbardziej popularny wierzchołek, czyli Reinebringen, prowadzą specjalnie zbudowane schody, co oburzyło wielu fanów miejscowych wędrówek, ale trochę nie ma co się Norwegom dziwić. Przez warunki pogodowe, jakie panują tutaj przez większą część roku, ciężko jest utrzymać ścieżki w dobrej kondycji, a Reinebringen jest tak oblegane przez cały przekrój turystów, że ułożenie bezpiecznych schodów było pewnie najrozsądniejszym rozwiązaniem. Dla koneserów dzikszych wędrówek zostało wciąż co najmniej kilkadziesiąt, jak nie kilkaset szlaków w okolicy.

Lofoty. widok z Reinebringen

Ścieżki prowadzące na wierzchołki gór lub punkty widokowe zazwyczaj gwarantują dobry widok. Na inne góry, na piękne fiordy i zatoki, na małe wysepki, albo na… plaże. Jak z bajki! Jednym z określeń, jakimi nazywane są Lofoty, jest Karaiby Północy. Nie bez przyczyny, bo tutejsze plaże są naprawdę fantastyczne! Nie jest to rzecz niecodzienna, bo podobne cuda można spotkać chociażby w Szkocji czy, nie uciekając daleko, na pobliskiej Senji, ale nagromadzenie cudownych, białych plaż z krystalicznie czystą, turkusową wodą jest tu ogromne.

Jedną z najładniejszych i najbardziej klimatycznych plaż, jakie tu widziałem, jest Kvalvika – jeszcze niedawno całkiem dzika, aktualnie okupowana przez biwakowiczów, ale namiotów zwykle nie jest dużo i jest tu naprawdę przepięknie. Okoliczne góry chroniące zatokę tworzą atmosferę przytulności, a wokół słychać ciągłe dzwonki i beczenie wszechobecnych owiec.

Widok na plażę Kvalvika

Z Kvalviki w godzinę lub dwie można wdrapać się na pobliski szczyt Ryten, który zapewnia doskonały widok na plażę, zatokę i zachód słońca. Szlak nie jest długi, ale momentami dość mocno nachylony – zdecydowanie warto się z nim uporać, ale jeśli szukasz czegoś łagodniejszego, do gustu może Ci przypaść położona 20 kilometrów dalej na północny-wschód góra Holandsmelen, która zapewnia fantastyczny widok na plaże Vik oraz Hauklandstranda. A to tylko kropla w morzu pięknych szlaków na Lofotach!

Pytanie, na które natykałem się często, zarówno w Internecie, jak i na żywo, brzmi: a co komu po pięknych plażach na północy?

Całkiem sporo! Choć Lofoty znajdują się kilkaset kilometrów na północ od koła podbiegunowego, pogoda w ciągu roku jest tutaj, krótko mówiąc, kiepska, a lato krótkie, to jednak od czerwca do sierpnia jest sporo dni, w których można poplażować. Już 15-16 stopni połączone z brakiem wiatru i słoneczną pogodą dają optymalną pogodę do wylegiwania się na plaży, a zdarzają się dni z temperaturą po 20, nawet 25 stopni – rekordowo w czerwcu i lipcu wskaźniki termometrów dobijały nawet do 30 stopni! A dla odważniejszych pozostaje kąpiel w Morzu Norweskim. Choć woda jest przepiękna, to również naprawdę zimna i średnio w najcieplejszych miesiącach dobija do 12 stopni. Kto jednak mógłby się oprzeć choć spróbować zamoczyć stopę w takiej wodzie?

Widok ze szczytu Holandsmelen
Widok ze szczytu Holandsmelen

Domki, wszędzie kolorowe domki

Jak Norwegia, to muszą być czerwone, drewniane domki, prawda? I są! Aktualnie tradycyjne, czerwone domy spotyka się w Norwegii głównie w małych miejscowościach, na obrzeżach miast, czy na północy. Rorbu to specjalna odmiana drewnianego domu, który budowany jest na lądzie, ale jego część stoi na palach wystających z wody, co znacząco ułatwia korzystanie z łodzi. Takich domów na Lofotach jest mnóstwo! Całe osady pełne są tradycyjnych, drewnianych budowli, nierzadko z trawą na dachu. Dominuje zdecydowanie kolor czerwony, którego w przeszłości również było najwięcej – głównie z powodów ekonomicznych, czerwone barwniki były po prostu najtańsze, aktualnie jest to kwestia wyłącznie gustu i tradycji. W osadach domy malowane wciąż są głównie na czerwono, ale nie brakuje miasteczek, w których chatki pomalowane są jedynie na żółto.

Na Lofotach brak większych miejscowości. Główna osada i port, Svolvær, liczy sobie około 5 tysięcy mieszkańców, czyli 20% populacji całego archipelagu. Reszta rozproszona jest po mniejszych i większych miasteczkach ulokowanych głównie na wybrzeżu. Do większości z nich można dojechać drogą E10, do niektórych trzeba dojechać lokalnymi drogami, a do najbardziej odizolowanych osad można dostać się jedynie drogą morską. Wszystkie łączy jedno – są naprawdę przeurocze! Każdy zakątek większości miasteczek wygląda jak pocztówka. Najbardziej znanym widokiem jest oczywiście kadr z małej wioski Hamnøy:

Hamnoy, Lofoty - jeden z najpopularniejszych kadrów na archipelagu

Ale pozostałe są nie mniej urokliwe. Zacznijmy może od Å – miejscowości o najkrótszej możliwej nazwie. Skąd pomysł na taką? Wyjaśnienie jest dość proste – Å jest ostatnią literą norweskiego alfabetu i jednocześnie… ostatnią miejscowością na Lofotach, do której można dojechać samochodem. Nie jest to jakiś wielki wyjątek – znaleźć można mnóstwo miejscowości o takiej samej, krótkiej i zabawnej dla nas nazwie zarówno w Norwegii, jak i Szwecji oraz Danii. Lofotwe Å jest bardzo klimatyczne i turystyczne i właśnie tutaj zjadłem najpyszniejszą w moim życiu słodką bułkę z cynamonem – specjał północy. Na Islandii zwykle są one znacząco za słodkie jak na mój gust, a ta na końcu norweskiego archipelagu przemówiła do mnie szczególnie!

Jak z bajki wygląda całe Reine, które rozłożone na wysepkach można oglądać zarówno z poziomu morza, jak i z punktu widokowego na Reinebringen. Najlepiej jednak zachowane w tradycyjnym stylu jest Nusfjord. To chyba jedyny tego rodzaju skansen na Lofotach, do którego za wstęp płaci się 100 NOK, ale zdecydowanie warto – to nie wygórowana cena za wejście do swego rodzaju muzeum, którym jest cała miejscowoś. Osada zachowała starodawny styl, domki pomalowane są tutaj na żółto i czerwono, wszystkie warte uwagi elementy oznaczone eleganckimi tablicami z wyjaśnieniami i historycznymi opisami, a w wielu miejscach można zobaczyć, jak żyli Norwegowie w dawnych czasach. Jak wyglądały łodzie, domy, dawne sprzęty. Wycieczka do Nusfjord to trochę taki wehikuł czasu i choć tego typu miejsca nie są zwykle moim pierwszym wyborem podczas podróży, to zdecydowanie było to udane kilka godzin i wizytę tutaj polecam każdemu, kto trafi na Lofoty. Szczególnie klimatyczna jest kafejka w żółtym budynku na jednym z poniższych zdjęć, w której kupisz również pamiątki i tradycyjne, norweskie ubrania – swetry i inne wełniane produkty (i trochę ciuchów outdoorowych…).

Nie mógłbym oczywiście nie wspomnieć o swego rodzaju perełce, czyli Henningsvær. Miasteczko to zwane jest Wenecją Północy, ale moim zdaniem trochę na wyrost – choć położenie na kilku wysepkach połączonych mostami zdecydowanie ma swój urok, to daleko mu klimatem do włoskiego miasta. To chyba najbardziej turystyczna mieścinka, jaką odwiedziłem na archipelagu. Mnóstwo tu sklepików z pierdołami i nie tylko, klimatycznych kafejek i smacznych restauracji. Nad miastem dumnie wznosi się na prawie kilometr piękna góra, a na samym południu leży chyba najpiękniej położone i pewnie już Ci znane przynajmniej z widzenia boisko piłkarskie. Warto przyjechać tu, by pokręcić się po mieścinie, spróbować miejscowej kuchni, wypić kawę z widokiem na archipelag i oczywiście wejść na punkt widokowy, z którego pięknie widać wszystkie wysepki, na których leży miasteczko.

widok na boisko w Henningsvaer z drona - jeden z symboli Lofotów

Lofoty – tłoczne, oklepane, wciąż zachwycające!

Wróćmy do pytania z samego początku – czy warto było jechać na cztery dni? Nie za krótko? Na mój gust było idealnie. Przejechałem na spokojnie cały archipelag, a w drodze powrotnej zatrzymywałem się i zwiedzałem to, co zaplanowałem, biwakując co noc trochę bardziej na wschód. Myślę, że cztery dni to minimum, by zobaczyć wszystkie najbardziej popularne atrakcje na spokojnie, ale zdecydowanie można zostać tu dłużej – jeśli chcesz zagłębić się w archipelag, więcej chodzić po górach czy fotografować, czekając na odpowiednie warunki. Oczywiście ideałem według mnie jest trawers Lofotów, średniodystansowy szlak, który prowadzi przez cały archipelag i którego przejście zajmuje 10-11 dni, ale ze względu na pracę na Senji nie miałem wystarczająco wolnego na tego typu eskapadę.

Czy Lofoty mają swoje minusy? Oczywiście. Dla niektórych są już zbytnio skomercjalizowane, dla niektórych za tłoczne, dla niektórych po prostu oczekiwania i doskonałe obrazki z internetu, które powtarzają się do znudzenia wszędzie, przerastają rzeczywistość. To wszystko w pewnym stopniu prawda, sam w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że moje oczekiwania względem tego miejsca były tak ogromne, że chyba nie do końca sprostały rzeczywistości, gdy minął pierwszy zachwyt po przejechaniu całości aż do ostatniej miejscowości. W social mediach w kółko przewijają się najpiękniejsze ujęcia z najpiękniejszych miejsc zrobione podczas doskonałych warunków, a wiadomo, że w ciągu kilkudniowej czy dłuższej podróży w końcu coś nie zagra. Mimo wszystkich małych wad i masowej turystyki zdecydowanie uważam, że Lofoty to miejsce unikatowe i warte odwiedzenia. Jeśli nie lubisz tłumów, przyjedź tu jesienią lub wiosną, gdy turystów jest najmniej, jeśli koniecznie chcesz być tu latem – zajrzyj pod koniec sierpnia, gdy kempingi i drogi powoli pustoszeją. Widoki na miejscu naprawdę są nie z tej ziemi, a kultura i tradycje norweskie zachowane są tutaj w tak dużym stopniu, że zachwycą Cię zarówno krajobrazy, jak i urocze, małe, tradycyjne miasteczka, które w najlepszy sposób łączą tradycję z nowoczesnością.

Informacje praktyczne

  • Sezon na Lofotach to miesiące czerwiec – sierpień, przy czym szczyt nagromadzenia turystów następuje w lipcu. Latem najlepiej przyjechać pod koniec sierpnia – wciąż jest ciepło, nie tak tłoczno, a przy odrobinie szczęścia można załapać się już na pierwsze zorze (robi się wystarczająco ciemno, by je zaobserwować, choć nie na tyle, by załapać się na prawdziwy spektakl).
  • Po Lofotach najłatwiej poruszać się oczywiście wynajętym samochodem, ale bardzo dobrze działa autostop, ale na miejscu są również lokalne autobusy.
  • Najłatwiej z Polski dolecieć liniami Wizz Air z Gdańska do Tromsø, tam wynająć samochód i w kilka godzin dojechać na archipelag. Z przesiadką można jednak polecieć również do Bodø czy Narviku, skąd jest sporo bliżej, z tego pierwszego pływają również promy m. in. w okolice Reine.
  • Na koniec mapa z najważniejszymi punktami – do zobaczenia w 3-4 dni: