Hirara amerykańska, gatunek łasicy żyjący w Kostaryce, przebiegła dyskretnie koło nas, ale nie zwróciliśmy za bardzo na nią uwagi, skupiając się nad stadem wyjców nad naszymi głowami. Padało niemiłosiernie od samego rana – wszystkie ubrania do suchej nikti przemokły mi jeszcze na łodzi, a deszcz wzmagał się, zamiast maleć. Sprzęt fotograficzny miałem ukryty głęboko w plecaku i miałem nadzieję, że pokrowiec okaże się całkowicie wodoszczelny, bo takiej ulewy jeszcze do tej pory nie miał okazji przetrwać.

Nagle jednak zaczęła się akcja, której nikt się nie spodziewał. Hirara, o której przewodnik mówił, że spotyka się ją najwyżej raz na kilka miesięcy, wdrapała się na drzewo i zaczęła atakować stado małp. Łasice te zwykle nie atakują tak dużych zwierząt jak wyjce, ale ta była wyjątkowo zaciekła i odważna, czyli musiała być po prostu… bardzo głodna. Pierwsza próba ataku się nie powiodła, a kolejna skończyła się jeszcze gorzej – piętnastometrowym upadkiem zwierzęcia prosto na glebę kilka metrów od mojej nogi. Huk było słychać mimo hałasu ulewy i byłem pewien, że za chwilę obejrzymy truchło drapieżnika, ale… łasica zerwała się jak gdyby nigdy nic z powrotem do góry. Po kilku skokach znalazła się z powrotem przy małpach, ale tym razem do gry wkroczył największy z samców i zabawa się skończyła – hirara wycofała się i przeszła kilka drzew dalej. Koniec akcji.

W tamtym momencie uświadomiłem sobie dwie rzeczy – jakie szczęście miałem, że mogłem oglądać akcję żywcem wyjętą z Discovery Channel na żywo, na własne oczy, a jednocześnie… jak bardzo pochłoneła mnie cywilizacja i życie w mieście, skoro zwykła, codzienna walka o życie zwierząt w dżungli była dla mnie tak bardzo ekscytująca. Deszcz pada dalej, a ja zabieram Cię na wycieczkę do najdzikszego rejonu Kostaryki – Parku Narodowego Corcovado.

Jak ochroniono Park Narodowy Corcovado, najbogatszy biologicznie rejon Ziemi

Półwysep Osa. Mały kawałek ziemi nawet jak na niedużą Kostarykę mieści się w południowo-wschodniej części kraju, blisko granicy z Panamą, oblewane z każdej strony wodami Oceanu Spokojnego. Zaczęto go zasiedlać późno głównie przez jego dzikość, jedyna asfaltowa droga biegnie w pobliżu wschodniego wybrzeża, a do zachodniej części, do małego miasteczka Drake Bay, można dojechać albo drogą terenową, na której czeka kilka rzek do przekroczenia, albo od drugiej strony… łodzią. Ja wybrałem właśnie ten drugi wariant – w malutkiej wiosce Sierpe dotarłem nad rzekę pełną krokodyli wynurzających swe łby w porcie zaraz koło pomostu, i tam wsiadłem na łódź. Najpierw płynęliśmy szeroką, spokojną rzeką, potem powolutku, ostrożnie, przez gęsty las namorzynowy, aż w końcu przez otwarte wody Oceanu Spokojnego. Po godzince dotarliśmy tuż pod Park Narodowy Corcovado – najbogatszy biologicznie rejon naszej planety.

Historia Parku sięga lat 70. XX wieku, gdy dostrzeżono, jak potężny potencjał biologiczny drzemie w tym małym kawałku ziemi. Żyje tu kilkaset gatunków ptaków, setki gatunków ssaków, płazów i gadów i ponad 700 różnych gatunków drzew. Tak wielka różnorodność wynika przede wszystkim z tropikalnego położenia Kostaryki, ale również zróżnicowania terenu Parku – położony jest tuż nad Oceanem, ale w niektórych miejscach wybija się nawet na 700 metrów nad jego poziom. Od lat żyło tu trochę lokalnych mieszkańców, którzy swoją małą liczbą, tradycyjnym stylem życia i polowaniami raczej nie zagrażali lokalnej florze i faunie, ale niestety bogate tereny zaczęły przyciągać również poszukiwaczy złota, którzy z biegiem czasu coraz bardziej eksplorowali tutejsze ziemie. W końcu w 1975 roku na sporej części półwyspu Osa utworzono Park Narodowy, ale nie spowodowało to zaprzestania wyrębu drzew i zniknięcia kopalń. Prawdziwa poprawa nastąpiła pod koniec lat 80, gdy całkowicie zabroniono wszelkiego wydobycia i przesiedlono wszystkich górników wraz z ich rodzinami, ale pojedyncze, nielegalne kopalnie można spotkać do dziś.

Mimo wszystkich perypetii, ochronę lasu podjęto odpowiednio wcześnie, a jego niedostępność sprawiła, że do XX wieku był praktycznie nietkniętym ludzką ręką terenem. Dzięki temu dżungla na półwyspie jest prawdziwie dzika, a tereny zniszczone przez działalność człowieka bardzo szybko się odrodziły do tego stopnia, że niektóre gatunki zwierząt preferują właśnie te młode lasy wtórne.

Dziś Corcovado to wielka dżungla z kilkoma stacjami rangersów w środku lasu, którzy nieustannie patrolują tereny parku, dbają o jego bezpieczeństwo, monitorują zwierzynę i zajmują się turystami. Do 2016 roku Park można było zwiedzać na własną rękę, ale po licznych pobłądzeniach a nawet śmierciach turystów (spowodowanych zagubieniem się w lesie, czy spożyciem zatrutych roślin i grzybów) postanowiono umożliwić wstęp do Corcovado jedynie w obecności przewodnika. Dziś zabiorę Cię do największej ze stacji – Sirena Rangers Station, a wycieczkę zaczynamy tam, gdzie skończyliśmy ostatni rozdział – w Drake Bay.

Podróż z delfinami

Jest 5 rano, a ja gotowy już do drogi leżę w hamaku i obserwuję ulewę. Deszcz pada tak, jakby ktoś trzymał w chmurach ogromną konewkę z nieskończoną ilością wody w środku i przechylił ją pionowo w dół. Zastanawiam się, jak mój ekwipunek przetrwa ten wypad – wprawdzie mam kalosze do kolan, plecak z wodoodpornym pokrowcem i spore doświadczenie z łażenia po Islandii, gdzie pogoda naprawdę rzadko sprzyja, ale jednak deszcz w tropikach to deszcz w tropikach, a ja przybyłem do Kostaryki w najgorszym miesiącu pory deszczowej. Jednak 10 minut przed planowym wyjściem ulewa trochę łagodnieje, a równo z moim wyjściem za próg ustaje całkowicie. Co za szczęście – pomyślałem, i ruszyłem na plażę. Zapakowałem się do łódki i po chwili ruszyliśmy – przed nami godzina płynięcia motorówką po Oceanie, na łodzi kilku przewodników i kilkunastu turystów, na niebie trochę chmur, ale również słońce i piękna tęcza. Wygląda na to, że będzie ładnie, ale na wszelki wypadek wraz z innymi wrzuciłem plecak z aparatem do suchego luku bagażowego.

Na całe szczęście. Ale o tym zaraz.

Najpierw, dwie minuty po ruszeniu z plaży, podróż umiliły nam delfiny, które wesoło skakały w zatoce.

Drake Bay jest miasteczkiem, które zamieszkuje około tysiąca mieszkańców, którzy praktycznie w całości żyją z turystyki. Cała miejscowość to głównie małe hoteliki, guesthouse’y, restauracje i sklepiki, a co trzeci krok spotkasz małą firemkę organizującą wypady do Corcovado, nocne spacery czy podziwianie wielorybów i delfinów. Te ostatnie bardzo chętnie przypływają do zatoki, i przez kilka minut wesoło wyłaniały się co chwilę z wody w promieniu kilkunastu metrów od naszej łódki. Po chwili dryfowania ruszyliśmy dalej, a gdy tylko wypłynęliśmy z zatoki na otwarty ocean…

Przez chwilę pomyślałem, że może warto założyć kurtkę przeciwdeszczową, którą mam schowaną w plecaku, ale widząc chmury na horyzoncie i wielką ulewę, która przetacza się przez półwysep uznałem, że to bez sensu – i tak przemoknie. Byłem jedyną osobą na łódce oprócz przewodników, która nie założyła kurtki, i to był dobry wybór. Po kilkunastu minutach wszyscy byli przemoczeni do ostatniej suchej nitki, a nas czekało jeszcze około 40 minut podróży w potężnym, tropikalnym deszczu i pośród naprawdę nielichych fal (przynajmniej w oczach szczura lądowego, którym niewątpliwie jestem). Twarze wszystkich turystów trochę zmarniały i jakby niedowierzały, że mimo takich warunków kontynuujemy wycieczkę – ale po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że przecież gdyby deszcz miał powodować przerwanie imprezy, to ciężko byłoby doprowadzić do końca pewnie z połowę wypadów w dżunglę. Zwłaszcza jesienią, która tutaj oznacza apogeum pory deszczowej. Płynęliśmy niepewni tego, co czeka nas dalej, aż nagle przez łódź przetoczył się gromki śmiech jednego z przewodników, gdy zaczęliśmy zbliżać się do plaży i skraju dżungli.

– Pura Vida! WItajcie w lesie deszczowym!

I miał rację. Chcieliśmy wypadu do najprawdziwszej dżungli, to mamy – ze wszystkimi plusami i minusami. Twarze się rozweseliły. Czas wejść do lasu.

Las tętniący życiem

Wspominałem już, że padało? Deszcz nie ustawał, a nawet zwiększał swą intensywność – i w sumie zaczynało być mi to całkowicie obojętne, bo skoro i tak miałem wszystko całkowicie przemoczone, nie robiło mi to zbytniej różnicy. Na szczęście pokrowiec na plecak idealnie spełniał swą rolę i nie przepuszczał ani kropli wody. Mnóstwo turystów chroniło się przed deszczem plastikowymi narzutami, ale to również nie jest wyjście – w tej temperaturze i wilgotności plastik wprawdzie ochroni Cię przed deszczem, ale jeszcze szybciej całkowicie zapocisz się od środka, i efekt będzie taki sam, jak stanie w deszczu.

Mimo wielkiej ulewy, las tętnił życiem. Na samym początku spotkaliśmy kilka leniwców, które smacznie spały w koronach drzew, kilka razy drogę przecięło nam koati, chwilę później po raz pierwszy ujrzeliśmy hirarę, która była bohaterką pierwszego akapitu. Wiedzieliśmy później, że to ta sama, po częściowo urwanym ogonie – miała dużo krótszy ogon, niż zwykle, którego część musiała stracić w czasie jednej z walk.

Mimo ulewy, która powinna utrudnić nam podziwianie zwierzaków, na nowe gatunki natrafialiśmy co chwilę, do tego stopnia, że aż przewodnik wydawał się zaskoczony atrakcyjnością i intensywnością tego dnia. Po kilku godzinach zwiedzania i nieudanych poszukiwaniach tapira w pobliżu plaży dotarliśmy do stacji Sirena, gdzie w kilku budynkach znajduje się kilkadziesiąt łóżek, długo wyczekiwane zadaszenie i gorąca kawa za drobną opłatą. Tutaj też uświadomiłem sobie, jaki miałem fart – plecak mi nie przemókł, całkowitym przypadkiem zabrałem ze sobą zapasową koszulkę, jako jedyny więc szybko się przebrałem i miałem możliwość chodzenia po dżungli przez drugą część dnia w suchych ciuchach, bo właśnie przestawało padać. Po chwili przerwy na stacji, na której oprócz naszej małej grupy było sporo ludzi, którzy tu dziś nocowali, zrobiło się niemałe poruszenie. Skierowałem wzrok tam, gdzie wszyscy, i po chwili wyjaśniło się, skąd ta afera – pojawił się on. Tapir. Całkowicie niewzruszony dziesiątkami par oczu wlepionymi w niego jak w obrazek. Powoli przemierzał okolice stacji obwąchując każdy kąt swoją krótką trąbą, widocznie przyzwyczajony do spotykanych od lat, pewnie nawet codziennie, ludzi.

Zaczęliśmy robić po lesie kolejne kółka i choć deszcz ustał, to każda szersza ścieżka zamieniła się w strumień lub rwący potok. Czasem nie wystarczały i kalosze do kolan, ale w przerwach od przedzierania się przez gęsty las i głęboką wodę spotkaliśmy kilka jeleni, ogromną rodzinę koati z maluchami wesoło biegającymi między korzeniami drzew, dziesiątki małp nad głowami, mnóstwo ptaków, z dzięciołem walczącym z twardą korą drzewa na czele, a także… tapira po raz kolejny. Po okrążeniu sporego kawałka dżungli wróciliśmy na pas zieleni bez drzew prowadzący do stacji, a tam w najlepsze przechadzał się bohater poprzedniej przerwy. Tym razem nie trzymał się na dystans – podszedł do naszej małej grupy, obwąchał mój łokieć, gdy nieruchomo zastanawiałem się, czy cokolwiek mi grozi, a następnie, ewidentnie zdegustowany, odwrócił się i polazł w drugą stronę.

Tapir przechadzający się po Parku Corcovado

Po tej niesamowitej przygodzie wsiedliśmy na łódź i spokojnie już wróciliśmy do Drake Bay.

Nieuchronne macki biurokracji nawet w Corcovado

Od lat ochrona przyrody w Kostaryce nieustannie się powiększa, widać, że kraj jest bardzo dumny ze swojego bogactwa naturalnego, a już teraz około 25% powierzchni kraju znajduje się pod ochroną. W Parkach zatrudnienie znajduje lokalna ludność, która czerpie całymi garściami z turystyki – prowadząc restauracje, agencje turystyczne czy małe hotele. Przewodnik powiedział mi, że ostatnio zaczęło dziać się coś niesamowitego – po plaży w Drake Bay, czyli tuż pod nosem miasteczka, co jakiś czas spaceruje tapir. Jeszcze 10-20 lat temu od razu zostałby upolowany na mięso, ale miejscowi rozumieją, że więcej przychodu stanowi tapir jako atrakcja turystyczna, ściągając coraz to nowych gości, niż jako jednorazowe kilkadziesiąt kilogramów pożywienia.

Są też i kiepskie strony cywilizowania dzikich rejonów – rozrasta się biurokracja. José, mój przewodnik z Corcovado, opowiadał mi, że Park zmusza ich do wykupienia ubezpieczenia dla turystów na własną rękę. Okazuje się jednak, że ubezpieczenie to zadziała jedynie w przypadku, gdy turysta złamie nogę, czy ugryzie go wąż, gdy znajdą się poza szlakiem – czyli coś, do czego teoretycznie José nie ma prawa dopuścić. Co w przypadku, gdy na głowę podopiecznego spadnie gałąź na szlaku w dżungli? Wtedy powinno zadziałać ubezpieczenie parku, ale… Park tego ubezpieczenia nie ma, i nie ma obowiązku go wykupić. José więc zmuszony będzie kłamać, by ratować fundusze turysty, który sam nie zadba o ubezpieczenie, i tym samym wpędzi się w kłopoty.

Narzekał również, że przewodnikom w Parkach stawia się coraz wyższe wymagania dotyczące również wykształcenia, którym nie wszyscy są w stanie sprostać. Urzędnicy w San José nie są w stanie zrozumieć, że ludzi po Corcovado oprowadzają najczęściej mieszkańcy, którzy urodzili się i wychowali w tym lesie, ale jednocześnie do szkoły mieli kilka godzin drogi w jedną stronę. Coraz wyższe i coraz częściej dla rzeszy ludzi niemożliwe do spełnienia wymagania sprawiają, że ci odwracają się od turystyki, i wracają do lasu, nie by prowadzić ludzi, a by polować i wykarmić rodzinę.

Początkowo, wyjeżdżając do Kostaryki, nie planowałem wyjazdu do Corcovado. Miałem zarezerwowanych kilka noclegów w okolicy Quepos, w wiosce Manuel Antonio, z planem rozpoczęcia przygody z miejscową dżunglą w najmniej dzikim, ale jednocześnie najbardziej popularnym miejscu, by zaznajomić się z miejscową atmosferą i podpytać, gdzie najbardziej warto się udać – wszak miałem na ten kraj przeznaczone jedynie dwa tygodnie. Przewodnik z Parku Manuel Antonio wymienił mi kilka miejsc, ale zaznaczył, że jeśli głównym celem jest dzika przyroda, to muszę na kilka dni udać się właśnie na Półwysep Osa. Jak powiedział, tak zrobiłem – zaraz potem zarezerwowałem kilka noclegów w Drake Bay i z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że był to dla mnie najbardziej satysfakcjonujący punkt na mapie Kostaryki.

Mimo niesamowitej wilgotności, wysokich, nawet jak na Kostarykę cen, niższego standardu, sam transport do Drake Bay to kawał dobrej przygody, a z każdym kolejnym dniem było coraz lepiej. Choć tukana spotkałem już kiedyś z daleka w Brazylii, to tu pozował mi codziennie na drzewie, podgryzając owoc papai. Krokodyle czające się w wodzie kilka metrów od łodzi. Delfiny skaczące radośnie kilkadziesiąt metrów od brzegu, dzikie, rajskie plaże, na których godzinami nie spotkasz żywej ludzkiej duszy, skaczące nad głową kapucynki, co chwilę wydzierające się w oddali ary, niesamowite bogactwo okolicznych lasów i świadomość, że gdzieś w tych gęstwinach kryją się również takie potęgi jak puma czy lampart czynią Półwysep Osa jednym z najbardziej ekscytujących miejsc, jakie odwiedziłem w życiu.

Gdy będziesz planować wyjazd do Kostaryki, pamiętaj, by nie ominąć Parku Corcovado, a gdy zaczniesz się bać, łodzią zacznie bujać, fale będą wysokie na kilka metrów, a deszcz będzie tak gęsty, że widzieć będziesz jedynie kilka metrów przed sobą, pamiętaj – samo życie. Uśmiechnij się i ciesz się przygodą. Pura Vida.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.