Rozbity, prawie utopiony w rzece samochód, którym w ostatniej chwili udało mi się wyjechać z wody, zanim stanął na dobre – w tak niecodzienny sposób zaczynała się moja przygoda z Laugavegur. Wprawdzie udało mi się wyjechać, ale znalazłem się w potrzasku – pierwszy strumień rzeki był już za mną, ale druga jej część znajdowała się przede mną, jakieś dwadzieścia metrów dalej, a ja uwięziony byłem na małej, kamienistej wysepce pośrodku. Ta historia przewinęła się przez tę stronę już kilka razy w formie jakichś wspominków, ale nie sposób przytoczyć jej raz jeszcze, gdy mowa o Laugavegur – najpiękniejszym szlaku Islandii, jednym z najpiękniejszych na całym świecie, szlaku, który od wielu lat podbija serca turystów z całego świata. Co w nim takiego wspaniałego i dlaczego mimo fatalnej islandzkiej pogody, co roku tłumy ciągną tu, by moknąć, marznąć i dawać się smagać potężnym podmuchom wiatru? Zaraz odpowiemy na te pytania, ale zacznijmy od początku – po co w ogóle wjeżdżać samochodem do rzeki?

Przeprawy przez rzeki

Był początek sierpnia 2020 roku, a ja jechałem drogą F210 z małego miasteczka Hella na południu Islandii do Alftavatn – małego jeziora w górach, położonego jakieś 50 kilometrów na północ od Viku. Po nieudanej, krótkiej przygodzie w lipcu w pracy na jednej z farm udało mi się zupełnym przypadkiem znaleźć nowe zatrudnienie, która brzmiało jak dobra przygoda – praca na kilka dni w małej restauracji na szlaku Laugavegur, z opcją rozszerzenia na cały sezon. Po uzgodnieniu warunków odebrałem załadowanego po dach towarem Land Cruisera, by dzień później z samego rana wyruszyć w kierunku Alftavatn – po raz pierwszy samochodem w interior. Po trzech godzinach jazdy w końcu ukazała się ona – rzeka, którą musiałem przekroczyć:

Co stało się później, już wiesz. Trochę zestresowany faktem, że wjeżdżam samochodem do wody po raz pierwszy w życiu, z dala od wszystkiego, a na telefonie co chwilę ginie zasięg, wjechałem trochę za szybko i jeden z kamieni uderzając w podwozie uszkodził coś w skrzyni biegów. Na szczęście udało się dodzwonić do szefa (cóż za piękny początek nowej pracy!), a ten wezwał pomoc z Alftavatn i po godzinie było już po wszystkim. Islandczycy zajmujący się tamtejszym schroniskiem pomogli przetransportować auto nad jezioro, a na miejscu okazało się, że nie jest tak źle – da się nim jechać, ale trzeba ograniczyć się do mniej więcej 20 km/h i skierować prosto do warsztatu. To był dzień pełen stresu i porażek, ale rozpoczął nowy rozdział w moim islandzkim życiu – lepszy i piękniejszy, niż mogłem sobie wymarzyć. Gdy emocje opadły, zacząłem zwracać uwagę na widoki:

Pięknie, prawda? Miałem pracować tam jedynie 6 dni, bo para, która była na miejscu, siedziała tam bez przerwy już ponad 3 tygodnie i potrzebowała wolnego – z racji covidu na całej Islandii brakowało rąk do pracy. Po sześciu dniach udało się jednak przedłużyć kontrakt, na tyle, że wróciłem do interioru również na cały sezon 2021, a przed powrotem w 2022 powstrzymała mnie jedynie opcja zatrudnienia na Grenlandii. No dobrze, tylko po co restauracja na takim wygwizdowie? By strudzeniu piechurzy mieli gdzie się posilić – tuż przy Alftavatn biegnie szlak turystyczny zwany Laugavegur.

Laugavegur. Najpiękniejszy szlak na świecie

Gdzieś w internecie natknąłem się na informację, że Laugavegur można przetłumaczyć jako Szlak gorących źródeł. Ogólnodostępne tłumacze wyrzucają coś w tym stylu: droga basenowa, więc sens mniej więcej się zgadza, i choć wzdłuż szlaku próżno szukać jakichkolwiek źródeł, to znajdują się na samym jego końcu – w Landmannalaugar znajduje się mały, naturalny basen z gorącą wodą o idealnej temperaturze, by spędzić tam kilka czy kilkanaście minut, a nawet godzin, w nagrodę za kilka dni wędrówki. Islandczycy wędrowali szlakiem już od mniej więcej połowy XX wieku, ale prawdziwą popularność zdobył w 2012 roku, gdy National Geographic umieścił go w rankingu 20 najpiękniejszych szlaków świata. Aktualnie liczba turystów pokonujących trasę w ciągu roku dobija do stu tysięcy, ale wciąż można odnaleźć tam ciszę i spokój – choć w szczycie sezonu, przy dobrej pogodzie przy schroniskach czasem bywa tłoczno i głośno.

Szlak wiedzie z jednej doliny do drugiej, od Þórsmörku do Landmannalaugar. Poniższa mapa przedstawia jego rozszerzoną wersję o Fimmvörðuháls, kolejne 27 kilometrów wędrówki, która rozpoczyna się tuż przy głównej drodze Ring Road, przy wodospadzie Skógafoss. Często szlaki są łączone i pokonywane za jednym zamachem:

O Fimmvörðuháls pisałem kilka lat temu, dziś opowiem Ci o samym Laugavegur, który startuje tam, gdzie Fimmvörðuháls się kończy – w Þórsmörku, czyli w wolnym tłumaczeniu – Dolinie Thora. Ciężko o lepszy początek:

Þórsmörk jest doliną położoną na północ od wulkanu Eyjafjallajökull, od wschodu otoczona kolejnym wielkim masywem z czapą lodową, Mýrdalsjökull. Można tu dojechać specjalnym samochodem terenowym (choć specjaliści radzą sobie również autami typu Toyota Land Cruiser, a nawet zdarzały się Dacie Duster – choć sporo z nich zostało w rzekach…), dojść pieszo z południa albo wybrać autobus, bo dojeżdżają tu również specjalnie przystosowane do przekraczania rzek lodowcowych busy i autobusy dwóch różnych firm. Jeśli masz dużo czasu i chcesz poeksplorować, to warto zostać tu dłużej – dolina oferuje gęstą sieć szlaków i niesamowite widoki. Po napawaniu się urokiem zielonej, surowej doliny, czas ruszyć na północ – w kierunku pustyni.

To największa magia Laugavegur – jego zmienność. Choć liczy sobie trochę ponad 50 kilometrów, czyli nie należy do długich szlaków, krajobraz zmienia się tu szybko i naprawdę zdecydowanie. Po opuszczeniu Þórsmörku surowe, strzeliste góry będą lekko łagodnieć, a zieleń będzie nasycać się jeszcze bardziej, choć wydaje się to niemożliwe. Będzie jej za to coraz mniej – zacznie dominować czarny, pustynny krajobraz, zdominowany przez wulkaniczny piasek.

Po drodze znajduje się pierwsza z chatek na trasie – Ermstrur, obok której znajduje się również pole namiotowe. Ale nie będzie tak łatwo! Jeszcze na początku drogi, zaraz po wyruszeniu z Þórsmörku czeka pierwsza przeszkoda w postaci rzeki. Nad niektórymi rzekami na trasie zbudowane są mosty, ale cztery z nich trzeba przekroczyć wchodząc do wody: zazwyczaj nie jest to nic strasznego – poziom wody jest bezpieczny, a jedyny dyskomfort to temperatura, kamienie na dnie i dość mocny prąd, ale po wzmożonych opadach bywa, że rzeki rosną znacząco i wtedy należy mieć się na baczności.

W połowie trasy i za kolejną rzeką pustynia zaczyna ustępować i krajobraz po raz kolejny mocno się zieleni. Na około trzydziestym kilometrze dwie chatki znajdują się dość blisko siebie – dzieli je jedynie 3km – i to pogoda powinna zasugerować Ci, którą opcję wybrać. Jeśli jest wietrznie – zatrzymaj się w Hvanngil, tam jest gdzie się schować. Jeśli natomiast pogoda jest dobra, gnaj dalej nad Alftavatn – tutaj krajobraz dosłownie zwala z nóg. Zwłaszcza, jeśli po dotarciu nad jezioro pokręcisz się trochę po okolicy, bo czekają m. in. takie krajobrazy:

To zdjęcie z drona, ale oglądany własnymi oczami jest równie spektakularny, bo podziwia się go ze wzgórza. Cała okolica Alftavatn jest mocno zielona, pełna rzek i dramatycznych, górskich krajobrazów. Widoki jak nie z tej planety, zwłaszcza, gdy ruszysz dalej na północ i zaczniesz podziwiać okolicę z dystansu.

Chwilę za jeziorem czeka ostatnia rzeka, a za nią – mozolne podejście pod górę, by po chwili znaleźć się po raz kolejny na innej planecie. Po pokonaniu prawie 500 metrów w pionie na krótkim odcinku krajobraz znów diametralnie się zmienia, tym razem naprawdę można poczuć się jak astronauta, który wylądował na Wenus – góry przybierają brązowawe kolory, z zieleni zostają pojedyncze placki, nawet w sierpniu mnóstwo jest jeszcze płatów śniegu, w pobliżu majaczą resztki lodowca, wszędzie wokół buchają kłęby pary wydobywającej się spod ziemi, a powietrze pachnie już tylko siarką.

To finałowy etap szlaku. Ostatnich kilkanaście kilometrów wiedzie przez wyjątkowej urody góry, zwane potocznie kolorowymi. Mają pochodzenie wulkaniczne, a za szeroką paletę barw tutaj odpowiada ryolit, z którego są zbudowane. Efektu dopełniają żelazo czy siarka, co razem sprawia, że widoki są nie do uwierzenia – góry są pokryte dziesiątkami odcieni kilku różnych kolorów i wyglądają naprawdę jak z bajki. Tutaj też znajduje się trochę więcej cywilizacji – można umyć naczynia w ciepłej wodzie, zamówić ciepłą zupę, zjeść pod dachem, gdy pada lub wieje, no i oczywiście… wykąpać się w gorących źródłach! To też pierwsze od Þórsmörku miejsce, do którego dociera transport zbiorowy. Na miejscu, podobnie jak w Dolinie Thora, również jest sporo szlaków, które zdecydowanie warto zaliczyć, jeśli już dotarło się do tej fantastycznej doliny. Spokojnie można zostać jedną noc dłużej w Landmannalaugar tylko po to, by lepiej poznać okolicę i zanurzyć się w mniej odwiedzane części gór.

I… tyle. To koniec! 54 kilometry, lub 80 w dłuższej wersji, niesamowitej przygody. Pracując w Alftavatn spotykałem głównie piechurów, nie licząc małego procenta gości, którzy przemierzali interior samochodami terenowymi (zmotoryzowani goście w Landmannalaugar czy w Þórsmörku to raczej standard, ale nad jeziorem zdarzają się zdecydowanie rzadziej) i niezależnie od tego, w którą stronę szli, na północ, czy na południe, wszyscy byli zgodni – to najbardziej niesamowity szlak, jaki przemierzali w życiu. Po pierwsze, ze względu na swoją różnorodność – tak wiele różnych pejzaży ściśniętych na tych pięćdziesięciu kilometrach z kawałkiem, a po drugie – ze względu na ich unikatowość. Kolorowe góry? Czarna pustynia z wyrastającymi znikąd zielonymi górami? Surowa dolina z postrzępionymi, zielonymi górami i spływające tuż obok jęzory lodowców? Ze świecą szukać każdego z tych widoków pojedynczo, a upakowane razem jeden obok drugiego na kilkudniowej wędrówce to naprawdę nie lada gratka. Do tego smak przygody, kłopoty z zasięgiem, walka z niełatwymi czasem nawet latem islandzkimi warunkami – to wszystko razem sprawia, że trekking Laugavegur zapamiętasz jako wspaniałą przygodę, naszpikowaną niesamowitymi widokami. Widokami, które zostają w pamięci na zawsze.

Dodatkowe informacje

  • Szlak otwarty jest mniej więcej od połowy czerwca do połowy września. Teoretycznie nie ma zakazu wędrowania poza tym okresem, ale poza nim nie działają chatki, żadna infrastruktura, a warunki są zdecydowanie zimowe i niebezpieczne – zwłaszcza ze względu na sztormy.
  • Zwykle większość ludzi wędruje 3 lub 4 dni, ale nic nie stoi na przeszkodzie, by pokonać go w dwa lub nawet jeden dzień – co roku w połowie lipca odbywa się maraton, a rekordziści pokonują całe 54 kilometry w ok. 4 godziny!
  • Droga jest dobrze oznaczona, ale na Fimmvorduhals oraz na ostatnim odcinku Laugavegur często widoczność spada prawie do zera, ze względu na gęste mgły. Warto zadbać o dobrą nawigację i zawsze mieć ze sobą mapę oraz kompas – na wszelki wypadek.
  • Gotowe posiłki można kupić jedynie w Skogar, Þórsmörku, Alftavatn oraz Landmannalaugar. Poza tymi miejscami trzeba być zdanym na siebie – mieć ze sobą kuchenkę, butelkę na wodę, butlę z gazem, posiłki do odgrzania/ugotowania. Najlepiej sprawdzają się liofilizaty, awaryjnie można je również zakupić w pozostałych chatkach.
  • Do Skogar dojeżdżają autobusy Reykjavik Excursions, Straeto oraz Southcoast Adventure – tutaj transport jest łatwy, bo wodospad i miejscowość leżą tuż przy Ring Road. Do Þórsmörku dojedziesz autobusami Reykjavik Excursions oraz Southcoastem, do Landmannalaugar – jedynie Reykjavik Excursions. Transport jeździ tylko w sezonie, gdy otwarte są drogi F!